Krzyżowa sprawa

Tyle razy powtarzałem sobie słowa Adasia Miauczyńskiego z “Dnia świra”, żeby nie denerwować się sprawami tego kraju, na które i tak nie mam wpływu. Niestety nie udało się. Powiedziałem ostatnio, że jeśli jeszcze raz usłyszę o końcu świata (do kin wchodzi film pt. 2012, o końcu świata i ludziom odbija), o świńskiej grypie albo o zdejmowaniu krzyży, to zwrócę śniadanie na kogoś. Wprawdzie obyło się bez odruchów wymiotnych, jednak apel niewiele dał. W związku z tym, że sprawę świńskiej grypy już omawiałem na tym blogu i od tego czasu (niestety) nic się nie zmieniło, teraz czas na krzyże. W szkołach i urzędach.

Sprawa zaistniała w mediach, gdy pewna Finka mieszkająca we Włoszech (mam nadzieję, że nie pomyliłem kolejności i narodowości) stwierdziła, iż obraża ją krzyż wiszący w szkole jej dzieci. O dziwo, Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyznał jej rację i stwierdził, iż wieszanie krzyży jest naruszeniem prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz wolności religijnej uczniów. Naprawdę zwątpiłem - czyżby ktoś jeszcze na tym świecie myślał? Byłem pełen radości, z drugiej strony byłem ciekaw reakcji naszych kochanych katolickich do bólu polityków. Wbrew pozorom podpisany przez prezydenta Kaczyńskiego Traktat Lizboński jest u nas obowiązującym prawem (o tym przy okazji), więc decyzja Trybunału obowiązuje także u nas. A przynajmniej będzie, jeśli ktoś do owego Trybunału złoży zażalenie. Oczywiście wywiązała się w Polsce dyskusja (chociaż słowo krucjata bardziej tutaj pasuje). Ateiści i wyznawcy innych religii przez chwilę ucieszyli się, że będą mieli takie same prawa jak wyznawcy innych religii, że nie będą dyskryminowani przez ultra katolickie społeczeństwo i polityków. Oczywiście okazało się to zwykłym marzeniem. Zapewnił ich o tym sam pan prezydent w słowach: “Nikt nie będzie w Polsce przyjmował do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży, nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak, ale w Polsce nie.” Tym samym w imię zasad demokracji powiedział tym wszystkim ludziom, którzy nie są katolikami “pierdolcie się, jesteście gorsi od nas!”. Prezydent wszystkich Polaków, też mi coś.

Otóż szanowny panie prezydencie - gdybym miał tylko trochę czasu albo jakąś złudną nadzieję, że odniosę jakiś sukces, to podałbym pana do sądu. Można by sądzić, że chociaż prezydent tego kraju zna takie rzeczy jako prawo i jego przepisy. No, chociaż Konstytucję. A tym bardziej prezydent, który jest profesorem prawa podobno. Dla wszystkich innych, którzy nie są takimi “znawcami prawa” jak nasz kochany pan prezydent-kartofel, przedstawiam o co chodzi. Zgodnie z Art. 126 ust. 2 Konstytucji RP: “Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.” Dalej, zgodnie z Art. 25 ust. 2 Konstytucji RP: “Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.” Interpretować, czy sprawa jest zrozumiała dla tych rozumiejących tekst pisany? Prezio tego kraju złamał Konstytucję, to chyba podpada pod sąd albo inny Trybunał Stanu. Jak ktoś w tym kraju ma przestrzegać prawa, skoro na forum publicznym łamie je sam prezydent?!

Wróćmy jednak do samych krzyży w miejscach publicznych. Nagle pojawił się problem, wszyscy ludzie wypowiadają się na ten temat. Politycy wszelkich opcji są oczywiście oburzeni, że jak ktoś może w ogóle tak myśleć (poza panią Senyszyn), księża katoliccy nagle wypowiadają się jako eksperci, no błagam. Brakuje jeszcze tylko kobiety z wąsami i kilku słoni do tego cyrku. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ci wszyscy ludzie oburzeni zdejmowaniu krzyży (i najchętniej broniący ich własną piersią) popełniają przestępstwo! Tak, łamią prawo. Ponownie Konstytucję. Tragedia. To są ludzie, którzy mają nas reprezentować? W takim wypadku wolę monarchię, dziękuję bardzo. Krzyże w urzędach, krzyże w szkołach, wtłaczanie katolicyzmu w szkołach. A gdzie równość? W słowniku chyba tylko. I w Konstytucji, ot takim kawałku papieru, o którym chyba większość ludzi zapomina, a politycy to już na pewno.

Paranoję krzyży w urzędach i szkołach wytłumaczę na przykładzie nauczania katolicyzmu w szkole. Nie nazywam tego “nauką religii”, bo to nie ma z tym nic wspólnego. Sensem lekcji religii w szkołach nie jest krzewienie wiedzy o innych religiach (jak moim skromnym zdaniem powinno być, jeśli już), czy nawet o chrześcijaństwie, ale wbicie uczniom do głów tzw. “prawd wiary” w celu bezrefleksyjnego ich powtarzania przez owych uczniów. Czyli w zasadzie mamy tu do czynienia z indoktrynacją religijną, a nie nauką. Tu nie chodzi o przekazanie wiedzy młodym, ale o pranie mózgów, aby później z ich posiadaczy wyrosły potulne i spolegliwe owieczki, które tym skuteczniej dadzą się ogolić, czyli dawać więcej na tacę. Najlepiej, żeby wszyscy byli tacy sami. Tak samo myślący, tak samo ubrani (ot, chociażby mundurki). Kreatywność i inteligencja kończy się wraz z pójściem do szkoły. Powód, dla którego religia jest w szkołach, to odpowiedni zapis Konkordatu, którego forma (umowa międzynarodowa ratyfikowana za zgodą Sejmu wyrażona w formie ustawy) sama w sobie jest pogwałceniem zasady równouprawnienia wyznań (znowu Konstytucja, art. 25 ust. 1: “Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione”). Zaraz, chwila, skoro są równouprawnione to o co chodzi? Tak powinien ktoś zapytać. To tylko teoria, gdyż jak można łatwo zaobserwować, równo taktowani są tylko katole. Reszta, która myśli lub myśli inaczej, najlepiej żeby została zepchnięta na margines społeczeństwa, do podziemia.

Ktoś ponownie powinien zapytać, skoro teoretycznie wszystkie religie i ich wyznawcy (oraz ateiści) są równi, to dlaczego akurat katolicyzm jest nauczany jako jedyna prawidłowa religia, zamiast czegoś o nazwie “nauka o religiach”? Jest to spowodowane ponownie Konstytucją, dalszymi ustępami Art. 25:
“4. Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy.
5. Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a innymi kościołami oraz związkami wyznaniowymi określają ustawy uchwalone na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów z ich właściwymi przedstawicielami.”

No niby nie ma wielkiej różnicy, ustawa na podstawie umowy, a umowa międzynarodowa. Brzmi prawie tak samo, prawda? Prawie. Biorąc pod uwagę reguły polskiego prawodawstwa, Art. 91 ust. 2 Konstytucji, – “Umowa międzynarodowa ratyfikowana za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie ma pierwszeństwo przed ustawą, jeżeli ustawy tej nie da się pogodzić z umową” – mamy do czynienia z faktyczną nierównością sytuacji prawnej wyznań. Czyli Konstytucja jest w tym akurat aspekcie wewnętrznie sprzeczna. Czy tylko dla mnie wydaje się to skrajnym debilizmem? Wyznawcy (lub ateiści) innych religii podczas czytania Konstytucji mają nadzieję na równe traktowanie z katolami, a tu nagle się okazuje, że sama Konstytucja jest bez sensu i im te prawa zabiera. Gdzie tu równość? Gdzie tu logika? Gdzie tu normalne prawo? Tragedia, tragedia.

Moim zdaniem, jeśli chodzi o te krzyże w urzędach i szkołach, to powinno się je zdjąć. Teoretyczna równość religii, prawda? Dlaczego mam wszędzie spotykać krzyż? Bo mam prezydenta, który ma nierówno pod sufitem i Konstytucję, którą ktoś tworzył po pijaku? Rozsądnym rozwiązaniem tej sytuacji jest zniknięcie wszelkich obiektów religijnych z urzędów i innych miejsc, typu szkoły. Równość, prawda? W jednym z poznańskich liceów, pewien nauczyciel wykazał się inteligencją i wprowadził inny dobry pomysł. Pozwolił uczniom innych wyznań powiesić ich symbole religijne na ścianie. I tak, obok krzyża katolickiego wiszą symbole innych religii. Uczy tolerancji i szacunku dla innych. Bardzo dobry pomysł. Ma jednak jedną wadę - a co, jeśli jestem ateistą? Jako ateista nie mam żadnego symbolu religijnego i mogę się czuć poszkodowany. Dlatego uważam, że wszelkie symbole religijne powinny zniknąć z miejsc publicznych. Byłoby to jedyne logiczne rozwiązanie tej sprawy, nie krzywdzące nikogo. Równość wszystkich, prawda?

Napisane przez: shen_ron

Komentarze: 7 do “Krzyżowa sprawa”

  1. 17-11-2009 o godz. 19:28, MG pisze:

    Największym absurdem jest… czepianie się tych krzyży. Jakby w tym kraju nie brakowało poważnych problemów…

    Śmiechu warty post… ale chyba taka idea. Absurdalium w końcu… hehehe.

  2. 17-11-2009 o godz. 21:26, tomek pisze:

    Bardzo ciekawy artykuł. Mam takie same odczucia. Pozdrawiam serdecznie…

  3. 17-11-2009 o godz. 23:53, shen_ron pisze:

    @ MG - w tym kraju jest multum poważnych problemów, ale właśnie chodzi o to, że ciągle stosuje się te zapychacze, żeby nie rozmawiać o czymś poważnym. Inna sprawa, że te krzyże uważam za problem, może nie tak ważny jak dajmy na to reforma służby zdrowia, czy edukacji, ale jednak.
    pozdrawiam

  4. 18-01-2010 o godz. 20:42, alke pisze:

    “księża katoliccy nagle wypowiadają się jako eksperci”. Wg mnie to jest problem i to strasznie meczący, jak gdzieś przypadkiem zobaczę szklane pudło. Zgodnie z brzytwą Ockhama przytoczę po prostu fragment Stu zabobonów Józefa Bocheńskiego (dostępne pod ) :

    (…)Istnieją dwa rodzaje autorytetu: autorytet znawcy, specjalisty, nazywany uczenie “epistemicznym” i autorytet przełożonego, szefa, zwany autorytetem deontycznym. W pierwszym wypadku ktoś jest dla mnie autorytetem wtedy i tylko wtedy, kiedy mam przekonanie, że daną dziedzinę zna lepiej ode mnie i że mówi prawdę. Einstein jest np. autorytetem epistemicznym w fizyce dla mnie, nauczyciel w szkole autorytetem epistemicznym w geografii dla uczniów tej szkoły itd. (…)
    Drugi zabobon związany z autorytetem to przekonanie, że istnieją autorytety, że tak powiem, powszechne, to jest ludzie, którzy są autorytetami we wszystkich dziedzinach. Tak oczywiście nie jest, każdy człowiek jest najwyżej autorytetem w jakiejś określonej dziedzinie, albo paru dziedzinach, ale nigdy we wszystkich. Einstein na przykład był niewątpliwie autorytetem w dziedzinie fizyki, ale bynajmniej nie w dziedzinie moralności, polityki albo religii. Niestety uznawanie takich powszechnych autorytetów jest zabobonem bardzo rozpowszechnionym. Kiedy na przykład grono profesorów uniwersyteckich podpisuje zbiorowo manifest polityczny, zakłada się, że czytelnicy będą ich uważali za autorytety w dziedzinie polityki, którymi oni oczywiście nic są, a więc coś w rodzaju uznania autorytetu powszechnego uczonych. Bo ci profesorowie są zapewne autorytetami w dziedzinie rewolucji francuskiej, ceramiki chińskiej albo rachunku prawdopodobieństwa, ale nie w dziedzinie polityki i nadużywają przez takie oświadczenie swojego autorytetu.

    A same krzyże… mimo mojego deizmu zupełnie mi nie przeszkadzają. Chrześcijaństwo w swoich korzeniach ma bardzo piękne wartości, moralność, która mi się podoba. I szerzenie tej moralności nawet poprzez taką wiarę też mi się podoba i chyba nikomu tak naprawdę nie szkodzi. (ale faktycznie dobrze by było jakoś zaznaczyć, że istnieją inne religie, a ateiści mogą być dobrymi ludźmi - tylko czekam aż “prawica” wycofa Dżumę z kanonu lektur razem z Gombrowiczem).

  5. 03-02-2010 o godz. 20:09, Domin pisze:

    Odnośnie akapitu dot. nauki religii w szkole:
    Paranoję krzyży w urzędach i szkołach wytłumaczę na przykładzie nauczania katolicyzmu w szkole. [..]

    Nauka religii w szkole. Trochę przesady widzę w tym fragmencie artykułu. Przecież nikt nie zmusza ucznia, żeby chodził na lekcje religii katolickiej. Jest wybór: nauka religii (dla teistów) oraz nauka etyki (dla ateistów). A że zazwyczaj religia jest tożsama z “nauką religii katolickiej” to w sumie nic dziwnego. 90% ludności w Polsce deklaruje się jako katolicy, więc statystycznie do takich klas będą chodziły dzieci “katolików”, czyli zapewne też katolicy. Nikt przecież nie zmusza nikogo do słuchania gadania księża, bo jest przecież alternatywa. Ale, ale.. ponieważ aby zapisać się na lekcje etyki, trzeba w odpowiednim momencie zareagować, dowiedzieć się kiedy się odbywają zajęcia etyki, zdobyć podpis rodziców, itp. A przecież działanie boli, wykorzystywanie mózgu też boli, więc po co? Lepiej iść za tłumem, tam gdzie 90% uczniów pójdzie, tam też pójdziemy.. Najwyżej potem będzie można narzekać na zmuszanie do wiary itp. Śmiechu warte.
    Pozdrawiam

  6. 03-02-2010 o godz. 20:17, klikers pisze:

    A ja to widzę inaczej. Sam nie chodziłem na religię, wypisałem gdy tylko mogłem zrobić to sam. I etyki w szkole nie było więc jak słyszę, że uczeń ma wybór to śmiać mi się chce. Ale nie ukrywajmy, dla mnie lepiej, godzina przerwy.
    A taki ksiądz jak tylko mnie spotkał na korytarzu nagadał mi jaki to jest nieodpowiedzialny i smarkaty wypisując się z religii… Nie wierzę, moja sprawa.
    Ale najbardziej ubawiła mnie reakcja w sekretariacie. Wicedyrektor, który tam akurat był powiedział mi żebym się zastanowił: “bo przecież potem mogę mieć problemy ze ślubem kościelnym itp.”. I tu wychodzi postawa wielu Polaków, wierzę i idę za tym tłumem bo tak będzie wygodniej, a to jest błąd. I ja mam gdzieś czy te krzyże wiszą czy nie póki mi się ich nie wmusza. Ale jak mi katolicy za przeproszeniem pierdo** o tym, że to jest tradycja to ja się pytam gdzie są figurki Peruna i innych, którzy byli tu wcześniej…

  7. 21-02-2010 o godz. 23:43, Domin pisze:

    No i to rozumiem. Taką postawę popieram w pełni.
    Chociaż czcicieli Peruna raczej już nie spotkamy. Faktycznie tradycja typowo słowiańska, ale została zastąpiona.
    Gdyby nie przyjęcie “obcego chrześcijanizmu” to Mieszko I by miał zapewne problemy z utrzymaniem państwa. Trochę światła nauki i rozwoju pojawiło dzięki chrześcijaństwu w tej wielkiej ciemnej puszczy na terenach obecnej Polski.
    Pozdrawiam.

Zostaw komentarz

XHTML: Możesz użyc następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Szukaj

Kategorie